środa, 18 stycznia 2017

Inter potrzebował dogrywki

Stare siatkarskie powiedzenie głosi, że jeśli prowadzisz w meczu 2:0 i nie przypieczętujesz wygranej w trzeciej partii to przegrywasz spotkanie 2:3. Niewiele brakowało, a teorię tę można by było przenieść do świata futbolu, a konkretnie wczorajszego spotkania Pucharu Włoch.

Osoby, które tu zajrzą i przejrzą wszystkie moje teksty mogą dojść do wniosku, że jestem jakimś maniakiem calcio, bo od początku istnienia tego bloga pojawiają się głównie teksty o włoskiej piłce. Muszę to z góry zdementować, bo choć rzeczywiście Serie A i Coppa Italia jest tu dotychczas najwięcej, to jednak całkowity przypadek, a piłkę z kraju w kształcie buta oglądam naprawdę sporadycznie. Po prostu ostatnio te mecze są najciekawsze spośród wszystkich, które oglądam.



Wczoraj postanowiłem jednak obejrzeć spotkanie Interu z Bologną w 1/8 finału Pucharu Włoch, mając oprócz tego do wyboru jedynie mecz Pucharu Anglii z udziałem Lincoln City i Ipswich Town. Zanim jednak zaczęło się to spotkanie (godz. 21:00) z nudów zerkałem na mecz siatkarskiej polskiej ligi pomiędzy GKS Katowice i Lotosem Gdańsk. Stąd właśnie początkowa wzmianka o siatkówce. GKS spokojnie wygrał dwa pierwsze sety i dobrze rozpoczął trzecią partię, ale potem nastąpiła blokada, dzięki której Lotos doprowadził do tie-breaka. Tam, po wyrównanej walce górą byli katowiczanie, niejako wbrew tej siatkarskiej prawdzie. Wróćmy jednak do piłki nożnej...

Oglądając mecz Inter - Bologna obaliłem swoją wcześniejszą teorię z poprzednich obejrzanych spotkań, że w pierwszej połowie we Włoszech nic się nie dzieje. Działo się, choć dopiero po dwóch kwadransach. Ozdobą całego meczu, nawet całej rundy, a kto wie czy nie całego sezonu Pucharu Włoch była piękna bramka przewrotką strzelona przez kolumbijskiego obrońcę Interu Jeisona Murillo. Gdy pięć minut przed przerwą Rodrigo Palacio podwyższył na 2:0, a Bologna przez pierwsze 44 minuty nie przeprowadziła choćby jednej akcji pod bramką Interu wydawało się, że rezultat jest już przesądzony. No właśnie, przez 44 minuty, bo w ostatniej minucie tej części goście w końcu zaatakowali, Federico De Francesco dograł w pole karne do Blerima Dzemailiego, a ten w zasadzie nie oddał jakiegoś mocnego, groźnego strzału, ale udało się mu to uczynić tak szczęśliwie, że po rykoszecie od dwóch obrońców piłka kompletnie zaskoczyła Juana Pablo Carrizo. 

Inter stracił więc jeszcze przed przerwą połowę swojej dwubramkowej przewagi, a po zmianie stron Bologna wyszła na murawę naładowana chęcią wyrównania i na połowie gospodarzy działo się znacznie więcej. Ataki gości nie docierały jednak pod bramkę Carrizo aż do 73. minuty. Wówczas Adam Masina dośrodkował z lewej strony idealnie na głowę Godfreda Donsaha, a ten efektownym uderzeniem doprowadził do remisu. Właśnie wtedy przypomniał mi się obejrzany wcześniej mecz siatkówki w Katowicach.

Bramka Donsaha doprowadziła do dogrywki, w której (podobnie jak w siatkarskim tie-breaku kilka godzin wcześniej) lepiej spisali się gospodarze, a bramka strzelona przez Antonio Candrevę wprowadziła Nerazurrich do ćwierćfinału Coppa Italia.



Po zakończeniu spotkania Interu z Bologną włączyłem trochę piłkarskiej egzotyki - ostatni kwadrans meczu Copa Centroamericana pomiędzy Salwadorem i Belize. Pewnie bym tego nie zrobił, ale byłem ciekaw drużyny Belize, którą od niedawna prowadzi polski selekcjoner Ryszard Orłowski. W momencie włączenia transmisji Salwador prowadził 3:1 i do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Poziom meczu nie był "zabójczy", ale w końcu obie drużyny do światowych potęg nie należą - Salwador w rankingu FIFA zajmuje 138., a Belize 163. miejsce. Szczerze przyznam, że dobre kilka minut zajęło mi ustalenie który zespół gra w których strojach, tym bardziej, że mecz był komentowany po hiszpańsku, a ja w tym języku rozumiem tylko pojedyncze słowa. W końcówce Belize próbowało zaatakować, ale robiło to nieporadnie, chaotycznie i nadziewało się na groźne kontry Salwadoru, z których zresztą również nic nie wynikało. Ogólnie kwadrans do zapomnienia.

piątek, 13 stycznia 2017

Rossoneri w ćwierćfinale




Tak się złożyło, że ostatnio oglądam niespodziewanie dużo włoskiej piłki. W ciągu minionego tygodnia obejrzałem więcej calcio, niż przez poprzedni rok. Tym razem w pamięć zapadł mi mecz 1/8 finału Pucharu Włoch pomiędzy AC Milan i Torino FC i to mimo tego, że nie obejrzałem go w całości.

Z powodu meczu naszych piłkarzy ręcznych z Norwegią (całkiem niezłego zresztą) spotkanie Coppa Italia oglądałem tylko fragmentami, trafiłem jednak na najciekawsze momenty zawierające nie tylko wszystkie bramki, ale też sporo ciekawych sytuacji.

Faworytem był Milan, więc bramka strzelona w pierwszej połowie przez napastnika Torino Andreę Belottiego z pewnością musiała zaskoczyć niespełna czternaście tysięcy widzów zgromadzonych na słynnym San Siro. Włoski napastnik wykorzystał prostopadłe podanie Marco Bonassiego i w sytuacji sam na sam z 17-letnim Gigim Donnarummą nie dał szans bramkarzowi gospodarzy.

Ataki Milanu skutek przyniosły po przerwie. Znakomicie w drugiej połowie spisywał się szczególnie Giacomo Bonaventura, który najpierw "obsłużył" podaniem Słowaka Juraja Kuckę, a dwie minuty później sam wykończył dogranie Suso wyprowadzając Milan na prowadzenie. Wydawało się, że goście ruszą do ataku, ale zespół Milanu zagrał bardzo mądrze ostatnie 25 minut. W dodatku w końcówce z drugą żółtą kartką wyleciał z boiska lewy obrońca Torino Antonio Barreca, a doliczony czas gry to kilka fantastycznych okazji zmarnowanych o dziwo przez Milan. Szczególnie warta odnotowania sytuacja miała miejsce w czwartej doliczonej minucie. Gianluca Lapadula dostał doskonałe podanie, położył zwodem na ziemi strzegącego bramki Torino Joe Harta i gdy wydawało się, że umieści piłkę w pustej bramce trafił prosto w nogę wracającego Luci Rossettiniego.

Lapadula już wcześniej z pewnością zapadł w pamięć angielskiemu bramkarzowi gości. W jednej z akcji tak niefortunnie przeskakiwał nad interweniującym Hartem, że przypadkowo korkami zahaczył o głowę Anglika rozcinając mu skórę, przez co reprezentant Synów Albionu do końca meczu musiał grać z zabandażowaną głową.

Milan dzięki wygranej awansował do ćwierćfinału Coppa Italia, w którym czeka nas prawdziwy hit. Rossoneri zmierzą się w nim bowiem z turyńskim Juventusem.

wtorek, 10 stycznia 2017

Pościg Perisicia, męczarnie The Reds i setki Lacazette'a

Jako, że w niedzielę zrobiłem sobie dzień odpoczynku po weekendowych wypadach na miasto i za miasto, a przed poniedziałkowym powrotem do pracy, udało się obejrzeć aż trzy spotkania. Były to mecze ligi włoskiej, Pucharu Anglii i Pucharu Francji. W zasadzie każdy z nich jest wart kilku słów, zatem po kolei...




Na pierwszy ogień, tuż po południu, poszedł mecz Serie A pomiędzy Udinese i Interem. Przed laty mocno kibicowałem tym drugim, w dzieciństwie miałem nawet dwie repliki ich koszulek, później ta pasja przeminęła i ostatnio bardzo rzadko oglądam mecze Nerrazurrich. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy komentator poinformował, że w tych dziwnych błękitno-zielonych, zlewających się z oświetloną południowym słońcem murawą, strojach gra właśnie Inter. Ponoć trzeci komplet strojów. Te trzecie komplety robią coraz dziwniejsze. No ale gdy już oczy przyzwyczaiły się do tego widoku zrobiło się całkiem niezłe spotkanie, tym bardziej, że grały dwa zespoły, które od ponad miesiąca nie przegrały meczu.

Szczególnie z dobrej strony pokazał się (nie tylko z powodu strzelonej bramki) czeski pomocnik klubu z Udine Jakub Jankto, który co chwilę stwarzał zagrożenie pod bramką Handanovicia. Z drugiej strony próbował "kąsać" Ivan Perisić, co zresztą udało mu się w ostatniej akcji pierwszej połowy, gdy doprowadził do remisu. Druga połowa to znacznie lepsza gra Interu, a jej ukoronowaniem była druga bramka Perisicia w 87 minucie, która dała Nerrazurrim trzy punkty. Dzięki temu podopieczni Stefano Pioliego nie stracili kontaktu z czołówką, zajmują siódme miejsce w tabeli, ale do trzeciego Napoli tracą zaledwie pięć punktów.




Tuż po meczu na Dacia Arena przełączyłem się na Anfield. Wybór był prosty, gdyż od lat jestem zadeklarowanym fanem Liverpool FC. W ramach III rundy Pucharu Anglii The Reds podejmowali wicelidera League Two (IV poziom ligowy) Plymouth Argyle. Zapowiadał się pogrom, z doświadczenia jednak wiedziałem, że nie będzie to łatwe spotkanie, bo "Czerwoni" mają ostatnio opinię ligowego Janosika - wygrywają mecze z mocnymi rywalami, a potwornie męczą się w starciach ze słabeuszami. Jürgen Klopp wystawił mocno rezerwową jedenastkę złożoną głównie z klubowej młodzieży, a goście nastawili się bardzo defensywnie, bardzo rzadko wychodząc w ogóle z własnej połowy. Mimo ogromnej przewagi optycznej Liverpool nie był wstanie przedrzeć się przez obronną ścianę Plymouth i stworzył sobie zaledwie kilka ciekawych okazji strzeleckich, a sam mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym. Podopiecznych Kloppa czeka zatem rewanżowe wyjazdowe starcie na Home Park w Plymouth.




Wieczorem, przed snem, włączyłem jeszcze spotkanie Pucharu Francji pomiędzy Olympique Lyon i Montpellier HSC. Liczyłem, że obejrzę w akcji Macieja Rybusa, niestety reprezentant Polski cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych. Pojedynek zakończył się pewną wygraną Lyonu 5:0 i na tym można by w zasadzie zakończyć opis, ale nie można pominąć "setek" marnowanych seriami przez Alexandra Lacazette'a. Snajper gospodarzy, który w tym sezonie zdobył aż 13 bramek w lidze, w meczu z Montpellier raz wpisał się na listę strzelców (już w 4 minucie), a spokojnie mógł strzelić kolejne 4-5 bramek. W pamięci szczególnie zapisała mi się sytuacja z drugiej połowy, gdy otrzymał od partnera idealną piłkę metr przed pustą bramką i tak skiksował, że trafił w... obrońcę rywali znajdującego się kilka metrów od niego zupełnie z innej strony. Ze statystycznego obowiązku dodam tylko, że pozostałe bramki dla Lyonu strzelili Mouctar Diakhaby, Nabil Fekir i dwie Maxwell Cornet.

niedziela, 8 stycznia 2017

Udany wieczór z Serie A


W sobotni wieczór program telewizyjny wskazał trzy transmisje meczów do wyboru. W ramach hiszpańskiej La Liga Real Sociedad podejmował Sevillę (Eleven Sports), w Serie A była szansa na polski mecz Napoli - Sampdoria (Eleven), z kolei TVP Sport oferował transmisję z meczu o Puchar Francji pomiędzy PSG i Bastią. Przed meczem szybka analiza składów i wybór jednak padł na ligę włoską, mimo, że cała czwórka biało-czerwonych (Zieliński i Łasicki z Napoli, Linetty i Bereszyński z Sampdorii) zaczynała mecz na ławce rezerwowych. W wyborze pomógł fakt, że piąty tego wieczoru Polak Grzegorz Krychowiak z PSG w ogóle nie zmieścił się w 18-stce meczowej.
Po obejrzeniu pierwszej niezbyt ciekawej połowy starcia na Stadio San Paolo, gdy po samobójczym trafieniu Elseida Hysaja słaba Sampdoria prowadziła z jeszcze słabszym Napoli brałem nawet pod uwagę zmianę meczu, ale w tym momencie Sociedad już przegrywał u siebie z Sevillą 0:2, a PSG w takim samym stosunku prowadziło już z Bastią, więc wydawało się, że jednak w Neapolu będzie najciekawiej. Nie pomyliłem się.
Druga połowa zdecydowanie inna - dużo ciekawsza. Napoli ruszyło do przodu, po kwadransie siłę ofensywną wzmocnił Piotr Zieliński, który wniósł do ataków gospodarzy dużo jakości i mimo gry przez zaledwie 32 minuty (+ 5 doliczonych) był jednym z najlepszych zawodników na boisku. Sytuację Napoli polepszył jeszcze głupi faul Matiasa Silvestre'a, za który dostał on drugą żółtą kartkę i od 61 minuty Sampdoria grała w dziesiątkę. Ofensywa Napoli przyniosła efekt w 77 minucie, gdy wyrównał Manolo Gabbiadini, a gdy wydawało się, że broniąca się całym zespołem Sampdoria dowiezie cenny remis, w 95 już minucie niespodziewanie w polu karnym gości pojawił się Lorenzo Tonelli i zaskoczył strzałem kapitalnie broniącego w końcówce Christiana Puggioniego.
Napoli wygrało 2:1 i nadal utrzymuje kontakt z drugą w tabeli Romą. W drużynie Sampdorii na ostatni kwadrans pojawił się wracający do treningów po chorobie Karol Linetty, ale jego team już wtedy grał taktyką ultradefensywną, więc Polak nie miał za bardzo okazji pokazać swoich umiejętności.


Tymczasem w pozostałych meczach emocji zabrakło. Sevilla ostatecznie wygrała w San Sebastian 4:0, a PSG rozbiło Bastię 7:0, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak wybrałem odpowiedni mecz.

czwartek, 5 stycznia 2017

Słowo wstępu

Na początku, gdy człowiek pojawia się w jakimś nowym gronie, wypada się przywitać. Witam więc wszystkich swoich przyszłych Czytelników, którzy będą zaglądać tu regularnie, tych, którzy zajrzą od czasu do czasu, ale również tych, którzy weszli tu przypadkiem i nigdy więcej się tu nie pojawią, bo tacy też będą.

Kilka słów o mnie...  Przyszedłem na świat w Toruniu w 1986 roku, jednak już parę miesięcy później moja rodzina przeniosła się do Kołobrzegu, w którym mieszkam do dziś. Tu skończyłem podstawówkę, gimnazjum, szkołę średnią, a w pobliskim Koszalinie studia. Tu pracuję i żyję na co dzień. 

Głównym moim zainteresowaniem jest piłka nożna. W zasadzie sport ogólnie (śledzę też inne dyscypliny sportu), ale od dziecka moją największą pasją jest właśnie futbol. Jednym z pierwszych meczów, który świadomie obejrzałem z trybun (jeśli u kilkulatka można to nazwać świadomym obserwowaniem) było spotkanie II ligi polskiej pomiędzy Elaną Toruń i Śląskiem Wrocław w sezonie 1992/93. Od małego wszystkie wakacje i szkolne ferie spędzałem w Toruniu u dziadków i to właśnie mój dziadek zaszczepił we mnie tę miłość do piłki nożnej. To z nim regularnie chodziłem na mecze toruńskiej Elany (tej II-ligowej, ale także III, czy później nawet IV-ligowej) i to z nim oglądałem pierwsze mecze w telewizji. Pierwszym dużym turniejem, który przeżywałem przez ekranem telewizora był amerykański Mundial w 1994 roku. Później były mecze Legii i Widzewa w Lidze Mistrzów, Euro w Anglii i Mundial we Francji, który do tej pory przysporzył mi najwięcej emocji. Pamiętam doskonale fantastyczną Brazylię z moim ówczesnym wielkim idolem Ronaldo, jego dziwną chorobę przed meczem finałowym i klęskę Canarinhos z Francją 0:3. Jako dziecko oczywiście biegałem po podwórku za piłką w kupowanych na bazarku replikach koszulek największych klubów i piłkarzy. Mimo, że minęło tyle lat doskonale potrafię je wymienić: Cantona (Manchester United), Kluivert (Ajax Amsterdam), Ronaldo (Inter Mediolan), Christian Vieri (Inter Mediolan). Właśnie Inter przez lata był moim ulubionym klubem.

W 2011 roku ukończyłem licencjackie studia na kierunku Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna. Pisaniem o sporcie interesuję się jednak znacznie dłużej. Jakiś czas temu, robiąc porządki w szafie, trafiłem na wydrukowany jeden z pierwszych moich tekstów sportowych. Była to napisana w czasach nauki w gimnazjum relacja z meczu ligowego Kotwicy Kołobrzeg w 2001 roku. Na poważnie pisaniem zająłem się po szkole średniej (kończyłem w ogólniaku klasę humanistyczno-publicystyczną) - współpracowałem z kilkoma portalami informacyjnymi, były to strony amatorskie, ale również profesjonalne ogólnopolskie portale piłkarskie (krótka przygoda z Futbol.pl) i lokalne portale informacyjne (gazetakolobrzeg.pl, e-kg.pl). Zawsze wolałem o sporcie pisać niż mówić, ale dobrze wspominam też dwuletnią współpracę z Radiem Kołobrzeg jako komentator meczów koszykówki, która zakończyła się po wycofaniu Kotwicy Kołobrzeg z ekstraklasy. Poza tym posiadam uprawnienia spikera stadionowego meczów piłki nożnej - kilka lat współpracowałem z Kotwicą Kołobrzeg, obecnie można mnie usłyszeć na meczach IV-ligowego Rasela Dygowo, a w swoim spikerskim CV mam też dwa nieistniejące już kluby: Piast Drzonowo (sezon 2009/10 w IV lidze) i klub kobiecej koszykówki Kotwica 2013 Kołobrzeg. Ponadto działam jako kierownik drużyny Resko Karcino w Klasie A (od 2011 roku), a w ramach współpracy z Akademią Piłkarską Kotwica Kołobrzeg pomagam przy organizacji corocznych turniejów piłkarskich dla dzieci rozgrywanych w grudniu w Dźwirzynie koło Kołobrzegu.

Od jakiegoś czasu szukam miejsca, w którym mógłbym coś napisać o piłce. Tym bardziej, że oglądam dużo meczów zarówno w wymiarze lokalnym na stadionach, jak i w tym globalnym w telewizji. Stąd ten blog. Oczywiście nie będę Was zasypywał relacjami i przemyśleniami z każdego obejrzanego meczu (tylko w tym roku obejrzałem ich już siedem, a mamy dopiero 5 stycznia), ale zdarzają się na tyle interesujące wydarzenia w piłce, że warto o nich wspomnieć. Interesuje mnie piłka nożna z różnych zakątków świata i niewykluczone, że oprócz wielkich piłkarskich hitów będą się pojawiać teksty o klubach i rozgrywkach praktycznie nieznanych szerszej piłkarskiej widowni.

Zachęcam zatem do śledzenia mojego bloga i mam nadzieję, że umieszczane tu teksty Was zainteresują. Liczę również, że za pomocą komentarzy do tekstów będziecie wyrażać swoje opinie i w ten sposób wywiążą się ciekawe dyskusje na poruszane przeze mnie tematy piłkarskie. Proszę Was jedynie o kulturę wypowiedzi. Wpisy obrażające innych z pewnością będą przeze mnie usuwane. Pozdrawiam. TK