wtorek, 10 stycznia 2017

Pościg Perisicia, męczarnie The Reds i setki Lacazette'a

Jako, że w niedzielę zrobiłem sobie dzień odpoczynku po weekendowych wypadach na miasto i za miasto, a przed poniedziałkowym powrotem do pracy, udało się obejrzeć aż trzy spotkania. Były to mecze ligi włoskiej, Pucharu Anglii i Pucharu Francji. W zasadzie każdy z nich jest wart kilku słów, zatem po kolei...




Na pierwszy ogień, tuż po południu, poszedł mecz Serie A pomiędzy Udinese i Interem. Przed laty mocno kibicowałem tym drugim, w dzieciństwie miałem nawet dwie repliki ich koszulek, później ta pasja przeminęła i ostatnio bardzo rzadko oglądam mecze Nerrazurrich. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy komentator poinformował, że w tych dziwnych błękitno-zielonych, zlewających się z oświetloną południowym słońcem murawą, strojach gra właśnie Inter. Ponoć trzeci komplet strojów. Te trzecie komplety robią coraz dziwniejsze. No ale gdy już oczy przyzwyczaiły się do tego widoku zrobiło się całkiem niezłe spotkanie, tym bardziej, że grały dwa zespoły, które od ponad miesiąca nie przegrały meczu.

Szczególnie z dobrej strony pokazał się (nie tylko z powodu strzelonej bramki) czeski pomocnik klubu z Udine Jakub Jankto, który co chwilę stwarzał zagrożenie pod bramką Handanovicia. Z drugiej strony próbował "kąsać" Ivan Perisić, co zresztą udało mu się w ostatniej akcji pierwszej połowy, gdy doprowadził do remisu. Druga połowa to znacznie lepsza gra Interu, a jej ukoronowaniem była druga bramka Perisicia w 87 minucie, która dała Nerrazurrim trzy punkty. Dzięki temu podopieczni Stefano Pioliego nie stracili kontaktu z czołówką, zajmują siódme miejsce w tabeli, ale do trzeciego Napoli tracą zaledwie pięć punktów.




Tuż po meczu na Dacia Arena przełączyłem się na Anfield. Wybór był prosty, gdyż od lat jestem zadeklarowanym fanem Liverpool FC. W ramach III rundy Pucharu Anglii The Reds podejmowali wicelidera League Two (IV poziom ligowy) Plymouth Argyle. Zapowiadał się pogrom, z doświadczenia jednak wiedziałem, że nie będzie to łatwe spotkanie, bo "Czerwoni" mają ostatnio opinię ligowego Janosika - wygrywają mecze z mocnymi rywalami, a potwornie męczą się w starciach ze słabeuszami. Jürgen Klopp wystawił mocno rezerwową jedenastkę złożoną głównie z klubowej młodzieży, a goście nastawili się bardzo defensywnie, bardzo rzadko wychodząc w ogóle z własnej połowy. Mimo ogromnej przewagi optycznej Liverpool nie był wstanie przedrzeć się przez obronną ścianę Plymouth i stworzył sobie zaledwie kilka ciekawych okazji strzeleckich, a sam mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym. Podopiecznych Kloppa czeka zatem rewanżowe wyjazdowe starcie na Home Park w Plymouth.




Wieczorem, przed snem, włączyłem jeszcze spotkanie Pucharu Francji pomiędzy Olympique Lyon i Montpellier HSC. Liczyłem, że obejrzę w akcji Macieja Rybusa, niestety reprezentant Polski cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych. Pojedynek zakończył się pewną wygraną Lyonu 5:0 i na tym można by w zasadzie zakończyć opis, ale nie można pominąć "setek" marnowanych seriami przez Alexandra Lacazette'a. Snajper gospodarzy, który w tym sezonie zdobył aż 13 bramek w lidze, w meczu z Montpellier raz wpisał się na listę strzelców (już w 4 minucie), a spokojnie mógł strzelić kolejne 4-5 bramek. W pamięci szczególnie zapisała mi się sytuacja z drugiej połowy, gdy otrzymał od partnera idealną piłkę metr przed pustą bramką i tak skiksował, że trafił w... obrońcę rywali znajdującego się kilka metrów od niego zupełnie z innej strony. Ze statystycznego obowiązku dodam tylko, że pozostałe bramki dla Lyonu strzelili Mouctar Diakhaby, Nabil Fekir i dwie Maxwell Cornet.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz