Stare siatkarskie powiedzenie głosi, że jeśli prowadzisz w meczu 2:0 i nie przypieczętujesz wygranej w trzeciej partii to przegrywasz spotkanie 2:3. Niewiele brakowało, a teorię tę można by było przenieść do świata futbolu, a konkretnie wczorajszego spotkania Pucharu Włoch.
Osoby, które tu zajrzą i przejrzą wszystkie moje teksty mogą dojść do wniosku, że jestem jakimś maniakiem calcio, bo od początku istnienia tego bloga pojawiają się głównie teksty o włoskiej piłce. Muszę to z góry zdementować, bo choć rzeczywiście Serie A i Coppa Italia jest tu dotychczas najwięcej, to jednak całkowity przypadek, a piłkę z kraju w kształcie buta oglądam naprawdę sporadycznie. Po prostu ostatnio te mecze są najciekawsze spośród wszystkich, które oglądam.
Wczoraj postanowiłem jednak obejrzeć spotkanie Interu z Bologną w 1/8 finału Pucharu Włoch, mając oprócz tego do wyboru jedynie mecz Pucharu Anglii z udziałem Lincoln City i Ipswich Town. Zanim jednak zaczęło się to spotkanie (godz. 21:00) z nudów zerkałem na mecz siatkarskiej polskiej ligi pomiędzy GKS Katowice i Lotosem Gdańsk. Stąd właśnie początkowa wzmianka o siatkówce. GKS spokojnie wygrał dwa pierwsze sety i dobrze rozpoczął trzecią partię, ale potem nastąpiła blokada, dzięki której Lotos doprowadził do tie-breaka. Tam, po wyrównanej walce górą byli katowiczanie, niejako wbrew tej siatkarskiej prawdzie. Wróćmy jednak do piłki nożnej...
Oglądając mecz Inter - Bologna obaliłem swoją wcześniejszą teorię z poprzednich obejrzanych spotkań, że w pierwszej połowie we Włoszech nic się nie dzieje. Działo się, choć dopiero po dwóch kwadransach. Ozdobą całego meczu, nawet całej rundy, a kto wie czy nie całego sezonu Pucharu Włoch była piękna bramka przewrotką strzelona przez kolumbijskiego obrońcę Interu Jeisona Murillo. Gdy pięć minut przed przerwą Rodrigo Palacio podwyższył na 2:0, a Bologna przez pierwsze 44 minuty nie przeprowadziła choćby jednej akcji pod bramką Interu wydawało się, że rezultat jest już przesądzony. No właśnie, przez 44 minuty, bo w ostatniej minucie tej części goście w końcu zaatakowali, Federico De Francesco dograł w pole karne do Blerima Dzemailiego, a ten w zasadzie nie oddał jakiegoś mocnego, groźnego strzału, ale udało się mu to uczynić tak szczęśliwie, że po rykoszecie od dwóch obrońców piłka kompletnie zaskoczyła Juana Pablo Carrizo.
Inter stracił więc jeszcze przed przerwą połowę swojej dwubramkowej przewagi, a po zmianie stron Bologna wyszła na murawę naładowana chęcią wyrównania i na połowie gospodarzy działo się znacznie więcej. Ataki gości nie docierały jednak pod bramkę Carrizo aż do 73. minuty. Wówczas Adam Masina dośrodkował z lewej strony idealnie na głowę Godfreda Donsaha, a ten efektownym uderzeniem doprowadził do remisu. Właśnie wtedy przypomniał mi się obejrzany wcześniej mecz siatkówki w Katowicach.
Bramka Donsaha doprowadziła do dogrywki, w której (podobnie jak w siatkarskim tie-breaku kilka godzin wcześniej) lepiej spisali się gospodarze, a bramka strzelona przez Antonio Candrevę wprowadziła Nerazurrich do ćwierćfinału Coppa Italia.
Po zakończeniu spotkania Interu z Bologną włączyłem trochę piłkarskiej egzotyki - ostatni kwadrans meczu Copa Centroamericana pomiędzy Salwadorem i Belize. Pewnie bym tego nie zrobił, ale byłem ciekaw drużyny Belize, którą od niedawna prowadzi polski selekcjoner Ryszard Orłowski. W momencie włączenia transmisji Salwador prowadził 3:1 i do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Poziom meczu nie był "zabójczy", ale w końcu obie drużyny do światowych potęg nie należą - Salwador w rankingu FIFA zajmuje 138., a Belize 163. miejsce. Szczerze przyznam, że dobre kilka minut zajęło mi ustalenie który zespół gra w których strojach, tym bardziej, że mecz był komentowany po hiszpańsku, a ja w tym języku rozumiem tylko pojedyncze słowa. W końcówce Belize próbowało zaatakować, ale robiło to nieporadnie, chaotycznie i nadziewało się na groźne kontry Salwadoru, z których zresztą również nic nie wynikało. Ogólnie kwadrans do zapomnienia.